Bajka cygańska

BYŁ SOBIE CYGAŃSKI TABOR.

WĘDROWAL DZIEŃ PO DNIU
PO DROGACH BEZDROŻACH
PO BORACH I LASACH
Z MIASTA DO MIASTA
ZE WSI DO WSI (wędrowanie, pieśń)

BO JAK MÓWI CYGAŃSKIE PRZYSŁOWIE: „NOGI NIE CHODZĄ, USTA NIE JEDZĄ” (rytm, razem)

I BYŁ W TABORZE CYGAN NAJSTARSZY ZE WSZYSTKICH. DZIADEK WSZYSTKICH CYGANÓW. MÓWIONO O NIM – OPOWIADACZ, BO ZNAŁ WIELE CYGAŃSKICH BAŚNI I HISTORII.

WIECZORAMI TABOR ZATRZYMYWAŁ SIĘ I CYGANIE ROZBIJALI OBÓZ. ROZPALALI OGIEŃ, SIADALI WOKÓŁ OGNISKA, JEDLI, ŚPIEWALI, GRALI I TAŃCZYLI, A DZIADEK OPOWIADAŁ IM HISTORIE. DZIĘKI NIM WIEDZIELI, KIM SĄ I DLACZEGO WĘDRUJĄ PO ŚWIECIE.

ALE PEWNEGO RAZU STARY BAJARZ UMARŁ. I ZABRAŁ ZE SOBĄ CYGAŃSKĄ PAMIĘĆ. OD TEJ PORY TABOR PRZESTAŁ WĘDROWAĆ.

CYGANIE ZAMIESZKALI W MIEŚCIE NA STAŁE. ZAPOMNIELI, CO TO ZNACZY WĘDROWAĆ. ZAPOMNIELI, CO TO ZNACZY BYĆ CYGANAMI.
BYLI SMUTNI I BIEDNI.

BO JAK MÓWI CYGANSKIE PRZYSŁOWIE: „NOGI NIE CHODZĄ, USTA NIE JEDZĄ”

A JEDNAK NIE WSZYSCY ZAPOMNIELI. BYŁ WŚRÓD NICH MŁODY CYGAN, KTÓRY NIE ZAPOMNIAŁ, ŻE DLA CYGANÓW WAŻNE JEST WĘDROWANIE. NAZYWAŁ SIĘ KAŁO.

KAŁO BYŁ KOTLARZEM I DRUCIARZEM, ZNAŁ SIĘ NA KOWALSKIM FACHU. PEWNEGO RAZU POŻEGNAŁ SWOJĄ RODZINĘ i RUSZYŁ W DROGĘ.

WĘDROWAL DZIEŃ PO DNIU
PO DROGACH BEZDROŻACH
PO BORACH I LASACH
Z MIASTA DO MIASTECZKA
ZE WSI DO WSI

AŻ DOTARŁ DO WARSZAWY. NA PRAGĘ.
SZEDŁ ULICAMI, ULICZKAMI, ZAGLĄDAŁ NA PODWÓRKA I WOŁAŁ:
- GARNKI DRUTOWAĆ! RONDLE REPEROWAĆ!
I DOSTAWAŁ OD LUDZI TYLE DZIURAWYCH GARNKÓW, RONDLI I KOTŁÓW, ILE DUSZA ZAPRAGNIE!

PEWNEGO DNIA NA PRASKIM PODWÓRKU SPOTKAŁ MAŁEGO CZŁOWIECZKA. A TEN PYTA GO:
- CZY JESTEŚ KOWALEM?
- TAK – ODPOWIEDZIAŁ KAŁO – JESTEM KOWALEM.
- A WIĘC PODKUJ DWANAŚCIE MOICH KONI.

MAŁY CZŁOWIECZEK KLASNĄŁ W DŁONIE I ZAWOŁAŁ:

LE, ALE, PENELE
SELE, KELE, KERELE
DARA, FARA, HARULO
ZINA, RINA, WIRULO
JAK WIATR PORYWISTY
PRZYBYWAJCIE WSZYSCY!

NA TO ZAKLĘCIE ROZLEGŁ SIĘ TENTENT i W OKAMGNIENIU DWANAŚCIE KARRYCH KONI STANĘŁO PRZED KAŁO. WTEDY MAŁY CZŁOWIECZEK DAŁWOREK CYGANOWI I RZEKŁ:
- MASZ TU CAŁY WOREK PODKÓW, PODKUJ WSZYSTKIE MOJE KONIE!

ZABRAŁ SIĘ KAŁO DO ROBOTY. KONIE PODKUWA, JEDEN ZA DRUGIM, JEDEN ZA DRUGIM…

GDY DOTRAŁ DO DWUNASTEGO, DO WIRULO, TEN NAGLE ODEZWAL SIĘ LUDZKIM GŁOSEM:
- ACH, KIEDY ZNOWU BĘDZIEMY WOLNYMI LUDŹMI!
- TO WY JESTEŚCIE LUDŹMI? – ZDUMIAŁ SIĘ KAŁO.
- TAK – POWIEDZIAŁ KOŃ – JEST NAS DWUNASTU BRACI CYGANÓW ZAKLĘTYCH PRZEZ ZŁEGO CZARODZIEJA, KTÓRY PORWAŁ NASZĄ SIOSTRZYCZKĘ, A NAS PRZEMIENIŁ W KONIE.

- CO MOGĘ ZROBIĆ, BY WAS UWOLNIĆ?
- KIEDY PRZYJDZIE CZAS,
ZAKLĘCIEM WEZWIJ NAS,
ZAWIEZIEMY CIĘ TAM,
GDZIE SIOSTRZYCZKA ZAKLĘTA
NA WYSPIE PŁYWAJACEJ
W TOPIELI GORĄCEJ
KIEDY PRZYJDZIE CZAS,
TY WYBAWISZ NAS!

- JAK MAM TO ZROBIĆ?
- ZDOBĄDŹ KUBEK ZE ZŁOTA
OD ZLEGO CZARODZIEJA
KUBEK CAŁY WYPEŁNIONY
CYGAŃSKIMI ŁZAMI

W TYM MOMENCIE ZAMILKŁ KOŃ, BO PRZED KALO STANĄŁ CZLOWECZEK i PYTA:
- KONIE PODKUTE?
- PODKUTE – MÓWI KAŁO. – A MOJA ZAPŁATA?
- ZAPŁATA? – MÓWI CZŁOWIECZEK – TEN WOREK PUSTY TO TWOJA ZAPŁATA. ZNAJDZIESZ W NIM WSZYSTKO, CZEGO DUSZA ZAPRAGNIE! ALE PAMIETAJ: NIE WOLNO CI PROSIĆ O ŻYWĄ ISTOTĘ, BO WTEDY WOREK PRZEPADNIE!

WZIĄŁ KAŁO WOREK I NA POŻEGNANIE MÓWI:
- ZGRZALEM SIĘ PRZY PRACY, W GARDLE MI ZASCHLO, POCZĘSTUJ KUBKIEM WODY NA DROGĘ.
- SKOCZ DO MOJEJ IZDEBKI, WEŹ KUBEK MIEDZIANY, WODY ZACZERPNIJ, NAPIJ SIĘ I RUSZAJ W DROGĘ!

KAŁO WSZEDŁ DO IZDEBKI, PATRZY, KUBEK MIEDZIANY STOI, ALE ON ROZGLĄDA SIĘ, GŁOWĘ ZADZIERA I WIDZI, ŻE WYSOKO, WYSOKO ŻŁÓTY KUBEK SCHOWANY, PEŁEN CYGAŃSKICH ŁEZ. WIĘC NA PALCE SIĘ WSPINA, KUBEK ZŁÓTY CHWYTA, ZA PAZUCHĄ CHOWA. I W DROGĘ RUSZA.

WĘDROWAL DZIEŃ PO DNIU
PO DROGACH BEZDROŻACH
PO BORACH I LASACH
Z MIASTA DO MIASTA
ZE WSI DO WSI

AŻ POCZUŁ SIĘ ZMĘCZONY. I GŁODNY.

- NAPRACOWAŁEM SIĘ, TO TERAZ BYM COŚ ZJADŁ…

I PRZYPOMNIAŁO MU SIĘ CYGAŃSKIE PRZYSŁOWIE: „KTO CHLEB DAJE, TEN CHLEB DOSTAJE”

LEDWO WYPOWIEDZIAL TE SŁOWA, A WOREK SPĘCZNIAŁ I ZROBIŁ SIĘ CIĘŻKI. KAŁO ZAGLĄDA DO SRODKA, A TAM MNÓSTWO JEDZENIA!

ROZŁOŻYL TO WSZYSTKO NA TRAWIE I JADŁ, ILE DUSZA ZAPRAGNIE!

NAGLE ZEBRALA SIĘ WOKÓŁ NIEGO GROMADA RZEZIMIESZKÓW I MÓWIĄ DO NIEGO: – ODDAJ NAM TWÓJ CZARODZIEJSKI WOREK!
I GROZIĆ MU ZACZYNAJĄ. KAŁO CHCE UCIEKAĆ, ALE GDZIE?
KOŃ BY SIĘ PRZYDAŁ!

I JUŻ SZEPCE ZAKLĘCIE

LE, ALE, PENELE
SELE, KELE, KERELE
DARA, FARA, HARULO
ZINA, RINA, WIRULO
JAK WIATR PORYWISTY
PRZYBYWAJCIE WSZYSCY!

NA TO ZAKLĘCIE ROZLEGŁ SIĘ TENTENT i W OKAMGNIENIU DWANAŚCIE KARYCH KONI STANĘŁO PRZED KAŁO. A WOREK ZNIKŁ. BO KOŃ – TO ŻYWA ISTOTA.

WTEDY KAŁO WSKOCZYŁ NA PIERWSZEGO KONIA I POMKNĘLI PRZED SIEBIE – SZYBCIEJ NIŻ WIATR!

PO DROGACH BEZDROŻACH
PO BORACH I LASACH
Z MIASTA DO MIASTA
ZE WSI DO WSI

I TAK DOJECHALI NAD WIELKIE CZARNE MORZE.
Macie dreszcze, chcecie jeszcze?
NA TYM CZARNYM, CZARNYM MORZU
BYŁA CZARNA, CZARNA WYSPA
Macie dreszcze, chcecie jeszcze?
NA TEJ CZARNEJ CZARNEJ WYSPIE
BYŁA CZARNA CZARNA WIEŻA
Macie dreszcze, chcecie jeszcze?

A W TEJ CZARNEJ CZARNEJ WIEŻY
SIOSTRZYCZKA UWIĘZIONA

- CO MAM ZROBIĆ, JAK MAM SIĘ TAM DOSTAĆ?
- Z BLACHY SPORZĄDŹ ŁÓDKĘ – MOWI KOŃ –
POTEM SKROP JĄ ŁZAMI
NIE STRASZNE CI BĘDZIE MORZE
NIE STRASZNA WYSPA CZARNA!

Z BLACHY KAŁO ŁÓDKĘ NICZYM GARNEK WYKUWA
ŁZAMI CYGAŃSKIMI JĄ SKRAPIA
DO ŁÓDKI WSIADA i PŁYNIE!

NA CZARNEJ WYSPIE WYSIADA
ZIEMIĘ CZARNĄ ŁZAMI POLEWA
I JUŻ ZIEMIA TRAWĄ SIĘ OKRYWA
A PRZED NIM DZIEWCZYNA ŚLICZNA STAJE

I LEJE KAŁO LZY CYGAŃSKIE NA DWANAŚCIE KARYCH KONI
I JUŻ DWUNASTU BRACI CYGANÓW PRZED NIM STAJE.
A WSZYSCY Z INSTRUMENTAMI!

I WRÓCILI DO WARSZAWY
NA PODWÓRKU PRASKIM WESELISKO WYPRAWILI
JADŁA I PICIA BYŁO W BRÓD
MUZYKANCI GRALI…

A POTEM URODZIŁO IM SIĘ DUŻO DZIECI.
BO JAK MÓWI CYGANSKIE PRZYSŁOWIE: „DUŻO DZIECI, DUŻO SZCZĘŚCIA!”

I TU, W WARSZAWIE, ZAMIESZKALI.
A KAŁO ZOSTAL OPOWIADACZEM
PO ULICACH WARSZAWY WĘDROWAŁ
BAJKI CYGAŃSKIE OPOWIADAŁ
I PRZYPOMINAŁ CYGANOM, KIM SĄ
I ŻE NAJWIĘKSZY ICH SKARB TO WĘDROWANIE!